Studentka blogująca

    Z nieśmiałej w odważną.

    162. sobota taka samotna…

    0

    Dlaczego wyszedłeś?

    Dlaczego to zrobiłeś?

    Dlaczego znów ONI są ważniejsi?

    Przyjechałam do Łodzi, by być z Tobą. Myślałam, że chcesz mnie przeprosić i spędzić ze mną czas. A Ty? Zostawiłeś mnie tu. Samą. Mogłam iść. Chciałam. W końcu po to TU przyjechałam.

    Zbyt krótko prosiłeś. Ale…

    Zmotywowałeś do pieszej wędrówki. Pani w Blue jest taka miła. Dębowe idealne. I mocne.

    Dlaczego mnie tak traktujesz?

    Mogłabym teraz oblewać imieniny ze znajomymi, ale przyjechałam dla Ciebie.

    Wszystko robię dla Ciebie.

    Wiem, że mnie kochasz, ale nie widzę tego. Znajomi primo? A ja?

    __________________________________
    Mam nadzieję, że się świetnie bawisz. Nielepiejodemnie. Kochanie.

    ______________________
    Ostatnia wolna sobota spędzona samotnie w towarzystwie zwierząt nie jest idealną. Mimo gabarytów tych „istot”. W końcu Dębowe jest „większe” od Żubrów.

    ________________________________________________
    Jak mam z Tobą rozmawiać?
    Wykrzyczeć?
    Przemilczeć?
    A może skoczyć na imprezę, żeby Cię wkurwić?

    [Na pewno spotkam Enesa lub Dawida. Będzie miło. Milej niż  byś się spodziewał. Niż ja bym się mogła spodziewać...]









    Dopiję i pójdę spać.

    Jutro Twój ruch.

    Chciałabym, by był on decydującym.

    Dobranoc, Kochanie.

    161. Nasze? wspólne życie.

    1

    UWAGA! UWAGA! Zamieszkaliśmy razem i jest nam dobrze. Teoretycznie.

    Mój Domator zabiera mnie tylko do kolegów. Jak to zmienić? Jak wyperswadować mu z głowy myśl, że „ja tak bardzo chcę do nich chodzić”? Oczywiście CHCĘ WYCHODZIĆ, ale Z NIM! Kino, lody, knajpa. Basen, kręgle. Bajorko. Klub. Oczywiście od czasu do czasu możemy wyjść do jego kumpli, ale bez przesady! Na taką wyłączność się nie zgadzam.

    Ale on moich argumentów nie przyjmuje. Jak zwykle koledzy najważniejsi.

    ____________

    Oczekuję dziecka.

     

     

    Ale (pomimo braku zabezpieczania) nic w tej kwestii się nie dzieje. Dzisiaj popłynęła czerwona mazia. Na moje bóle tylko alkohol pomaga.

    Brak piwa zrekompensowała mi czysta.

    Dziękuję za pomoc….

    … i czekam dalej.

     

     

    Ale czy on czeka razem ze mną?

     

    PS. Księciunio znów zapomniał o moich imieninach. Dziękuję Ci Kocie za życzenia.

    160. Mija czas.

    3

    Czas mija, a blog pozostaje taki sam.

    Już ponad rok minął od mojego ostatniego wpisu. [Niegrzeczna Paulinka! Przecież Pani w szkole mówiła, że trzeba być systematycznym. Mama też powtarzała. A Ty co robisz? NIC!!!]

    Nicnierobienie wychodzi ci bardzo dobrze Paulinko. Nie musisz się już bardziej w tej dziedzinie rozwijać. Absolutnie.

    Niby nic, a jednak coś. Musiałam wylać na siebie kubeł zimnej wody, ponieważ lenistwo dopadło mnie od rana. Wstałam dzisiaj trzy razy: zapalić, zjeść i skorzystać z toalety. Poza tym – nadal leżę.

     

    Nie pisałam. Nie miałam czasu, a gdy go miałam – nie miałam weny. Dużo chwil przez to straciłam. Wiele mi umknęło. Powiem więc po krótce co się pozmieniało. Przedstawię się na nowo.

     

    1. Jestem studentką filologii polskiej na Uniwersytecie Łódzkim. W czerwcu obroniłam licencjat z wynikiem ukończenia studiów 4,5. Postanowiłam je kontynuować. Obrona? Stresować zaczęłam się dopiero przed egzaminem. Wcześniej lęk mnie nie dopadł. Nie miałam na to czasu. Podwójna sesja mnie wykończyła. Pamiętam, że byłam z siebie bardzo dumna, gdy wyszłam z sali jako Pani Licencjat. Niestety nikt nie przywitał mnie kwiatami. Gdy przyjechałam do domu, by pokazać zaświadczenie o ukończeniu studiów, nawet dziadkowie nie mieli czasu usiąść ze mną, chociaż zerknąć na papier. Zasmuciłam się bardzo. Zdarzenia PO odebrały mi całą radość.

    2. Podwójna sesja, jak już wcześniej wspomniałam, potrafi wykończyć człowieka. A kolejna zbliża się już wielkimi krokami. Tak! Zapisałam się zaocznie do Publicznej Policealnej Szkoły Kosmetycznej w Łodzi. Mam już za sobą dwa semestry i świetnie zdany egzamin z pierwszej kwalifikacji. Ciekawe czy ze zbliżającą sesją sobie poradzę?

    3. Trzeba inwestować w swoją przyszłość, dlatego w między czasie ukończyłam kurs wizażu. Myślę, że taki plan B świetnie się sprawdzi, jeśli nie wyjdzie mi kariera nauczyciela. Lubie malować, choć brak mi jeszcze warsztatu, ale pracuje nad tym.

    4. Akademia Przyszłości – to już moja druga edycja. Gorąco polecam tę formę wolontariatu. W pierwszej edycji pracowałam z Dawidem. Teraz przydzielono mi Mateusza. Dzięki Akademii mogę uczyć dzieci języka polskiego, a także uczyć się z nimi pracować!

    5. Przyjaciele? Jak zawsze – odchodzą. Z Emilką nie utrzymuję już kontaktu. Nawet się tym nie przejęłam. Przyzwyczajenie? Zamieszkałam za to z Patrycją. Nie.. Anna i Zofia się nie wyprowadziły. Mieszkają w pokoju obok. Anna jak zwykle sapie, Zofia cwaniakuje. Patycję trzeba wszędzie prowadzić za rączkę. Zbliżyłam się z Owcą, Klaudią, jak zawsze jest Bąbel i Wróbel. A z nowości? Wróbel jest w dziewiątym tygodniu. Zaskoczyła mnie! Tym bardziej, że podobno nie dzieje się u niej dobrze. Cóż. Ten zaszczyt znów nie uraczył mnie, tylko moją koleżankę. Paula! Poczekaj!

    6. Daniel. Układa się całkiem dobrze. Zauważyłam, że stara się bardziej. Ostatnio czuje się kochana! Tylko nie rozumiem, dlaczego nie chce dorosnąć. Nie chce ze mną zamieszkać, nie chce ślubu, nie chce dziecka. Ja już to czuje od roku! On nie. Jak długo mam czekać?

    Pozostałe gałęzie mojego życia postaram się uzupełniać. Nie jestem w stanie napisać dzisiaj już nic więcej. A poza tym muszę coś zjeść.

    Życzenie mam jedno: by Daniel nie wstydził się mnie kochać.

    Odbywając praktyki w łódzkim Studium Języka Polskiego dla Cudzoziemców poznałam ludzi z całego świata. Grupa, do której zostałam przypisana, nie była grupą jednolitą narodowościowo, a każda osoba miała inny cel przyjazdu do Polski oraz inne podejście do nauki nowego, obcego dla niej języka.

    Grupa początkująca, „od zera”. Grupa, do której ciągle dołączali nowi studenci. To właśnie z nimi odbywałam konsultacje. Moją lekcję prowadziłam dopiero w wakacje (po trzymiesięcznej przerwie), więc mam możliwość oceny postępów w nauce poszczególnych studentów.

    Jedną z pierwszych „moich” studentek była dziewczyna z Chin, która dołączyła do grupy po dwóch tygodniach od rozpoczęcia semestru. Podczas pierwszych konsultacji śmiało i chętnie powtarzała za mną nazwy kolorów, które opanowała szybko. Niestety, na kolorach się skończyło. Dziewczyna, mimo tego, że mieszkała w akademiku, spóźniała się na zajęcia. Przestała się uczyć, więc często była odsyłana do mnie na konsultacje. Biorąc pod uwagę moje ostatnie spotkanie z nią (podczas lekcji i konsultacji w lipcu), Chinka umie mówić tylko „tak” i „nie” oraz „dobranoc” na do widzenia. Nie chce się uczyć, choć swoją radością i poczuciem humoru wszystkich rozśmiesza. Jest osobą otwartą, pogodną, lubianą, mimo, iż zna tylko swój język ojczysty. Jej tłumaczem w grupie jest koleżanka, która zna język angielski.

    Konsultacje miałam również z Rosjaninem, który także dołączył do grupy nieco później. Jego stosunek do nauki był zupełnie inny, niż Chinki. Chłopak mieszkał 30km od Łodzi i codziennie dojeżdżał na zajęcia. Nigdy się nie spóźnił, wręcz przeciwnie – zawsze był przed czasem. Bardzo chciał nauczyć się języka polskiego, dlatego sumiennie przygotowywał się na zajęcia i do testów. Starał się też wykorzystać czas, który mu poświęcałam. W grupie był bardzo nieśmiały, ale mnie pytał o wszystko. Problem stanowiły dla niego polskie litery, które mu się myliły, i z których wymową często miał problem, jak również odczytywanie nazw miast, w których znajdywały się polskie znaki.  Rosjanin jednak nie poddawał się i te problemy nie zniechęcały go. Po naszym spotkaniu w wakacje mogę stwierdzić, że chłopak zrobił duże postępy.

    Wietnamka, z którą miałam okazję pracować, także wiele się nauczyła. Zaczynałyśmy od zera. Ona, podobnie jak Rosjanin, bardzo chciała nauczyć się nowego języka, ponieważ marzyła o studiach w Polsce. Nauka sprawiała jej wiele problemów, ale zmotywowana dziewczyna dużo uczyła się po zajęciach i dobrze radziła sobie z kolejnymi testami. Wydawało mi się, że nauka była dla niej ważniejsza od poznawania nowych znajomych z grupy. Wietnamka często powtarzała materiał na przerwach, nie wychodziła z kolegami na zewnątrz, jednak na zajęciach chętnie pomagała, gdy ktoś czegoś nie rozumiał.

    Grupa, do której mnie przydzielono, była grupą otwartą na nowe przyjaźnie. Osoby, które do niej należały szybko się ze sobą zgrały. Widać było, że mimo różnego wieku, odmiennych narodowości, innych charakterów – lubią się. Grupa ta (poza nielicznymi wyjątkami) chciała nauczyć się języka, chętnie uczestniczyła w zajęciach i zrobiła bardzo duże postępy w ciągu tych trzech miesięcy.

    Cieszę się, że mogłam praktykować właśnie w tej grupie. Przez 30 godzin praktyk zdobyłam doświadczenie, którego nie zdobyłabym w polskiej szkole podstawowej, gimnazjum, czy licem. Mogłam doświadczyć tego, jak naucza się od podstaw języka polskiego po polsku, bez pomocy innego języka. Dzięki temu mogę porównać nauczanie obcokrajowców oraz nauczanie polskich dzieci.

    158. Mamry.

    1

    Nie miałam czasu się bać, bo nie miałam czasu zastanowić się nad tym co się stanie. Wszystko działo się tak szybko: SMS i nagłe wyjście. Po drodze „śmiechy – hihy”, papieros i tak w kółko. Dojechaliśmy.

    Nie było tak jak myślałam: ciemny kościół, zamknięte na klucz drzwi tak, by nikt nie mógł wejść, światło zapalonych świec i wierni. Ksiądz odprawiający jakąś przerażającą mszę i jęki oraz trzepanie się ludzi… To właśnie wskazuje o mojej wierze – nie znam jej i Boga. Teraz przynajmniej wiem, że on jest.

    Tak – jestem Katoliczką z wyboru mojej rodziny. Choć nie wierzyłam chodziłam do kościoła, gdy przyjeżdżałam do domu – 4 razy w niedziele i święta w ciągu roku. Ale nudziłam się. Uważałam Kościół za zbędną instytucję, myślałam, że Boga nie ma. Ale jest.

    Msza odbywała się na polanie. Olbrzymi zielony plac, na którym setki ludzi z całej Polski wspólnie się modliło. Bydgoszcz, Kraków, Radom, Wrocław, Łódź, Szczecin. Widziałam też rejestracje z Niemiec i Holandii. Wszyscy chcieli oczyścić swoją duszę, przeprosić Boga za wszystko, i podzielić się świadectwami jego istnienia. Wszyscy przyjechali do Siedlca – małej wioski pod Częstochową.

    Na placu postawiona była wielka scena, na której mszę odprawiał ksiądz, a całość uświetniał chór. Anielskie głosy kobiet rozgrzewały wiernych do wspólnego wielbienia Pana. Na początku nic się nie działo. Nic oprócz tego, że każdy z osobna człowiek świetnie bawił się z innymi, których nie znał. Przy gitarowej muzyce ludzie śpiewali, tańczyli, wielbili Boga, krzyczeli do niego zapewniając o swej miłości i wierze. Wszystko to takie błahe. Do czasu…

    Było zimno. Cała się trzęsłam i tylko dlatego zaczęłam przebierać z nogi na nogę. Chciałam się rozgrzać. Ale po chwili moja słaba motywacja przerodziła się w potrzebę wielbienia Boga. Tłum ludzi był jednością. Nie liczyło się nic tylko wspólna zabawa i jeden cel – oczyszczenie. Nagle muzyka się skończyła i przemówił ksiądz. Nie tylko w naszym ojczystym języku – modlił się również w innych, nieznanych mi. Mówił, mówił… Nagle kolejne grupy osób zaczęły się perfidnie śmiać… Kobiety, mężczyźni… Dzieci… Czy to oczyszczenie? Jedni nie mogli przestać, inni byli poważni. Było to dziwne. Ja też się śmiałam, choć udało mi się to tłumić. I znów pojawiła się muzyka, a wszyscy świetnie bawili się wielbiąc Pana. Po czym ponownie przemówił ksiądz i kolejne osoby zaczęły się śmiać. Tego śmiechu nie da się opisać. To śmiech wiedźmy, czarownicy, Gargamela. Nie wiem, ale to było dziwne.

    W ten sposób wyglądała właśnie ta msza: muzyka – głos księdza – muzyka – głos księdza. Po godzinie zmieniły się jedynie głosy ludzi. W przerwach między jednym utworem a drugim nie było już słychać perfidnych śmiechów, tylko jęki. Ludzie krzyczeli, jakby z bólu. Padali też na ziemię jak kłody. Byli sztywni, a gdy upadali nie zginali się. Ich kręgosłup, szyja, nogi  były proste, były ułożone tak, jak człowiek przed sekundą jeszcze stał. Przytomność traciły zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Tutaj reakcje otaczających ludzi nie były już takie jak wcześniej. Ludzie stali w skupieniu, wsłuchiwali się w głos księdza. Nikt nie zwracał uwagi na leżące obok siebie postaci. Nikt ich nie zauważał. Nikt nie schylił się, by zobaczyć czy wszystko w porządku. Wydawać mogło się, że nieprzytomna osoba, która leży pod moimi nogami powinna tam leżeć, że to normalne. Sytuacja była przerażająca.

    Widząc to co się dzieje stwierdziłam, że mój śmiech nie był oczyszczeniem, a śmiałam się dlatego, że mnie – śmieszce udzielił się po prostu nastrój śmiejących się pełną buzią ludzi. Pomyślałam tak, bo zauważyłam, że oni nie potrafili tłumić tego w sobie – śmiechu, jęków, omdleń. Ja umiałam. Stwierdziłam, że widocznie na mnie to nie działa, ale chciałam tego doświadczyć. Zaczęłam z całego serca modlić się, maksymalnie się skupiłam i po kolejnych pieśniach ksiądz kazał uklęknąć kobietom, a mężczyznom modlić się za nie. Powiedział też, że osoby o zranionych sercach teraz poczują w nich ciepło, osoby o przykrych wspomnieniach poczują ciepło w głowie, ciepło poczują również ludzie w innych miejscach ciała, jeśli te konkretne mają chore. To wtedy poczułam, że ktoś wlewa we mnie wódkę. Moje serce piekło, a temperatura ciała wzrosła. Było mi ciepło – rozpięłam bluzę. Moja twarz była rozpalona, miałam wypieki. Coś niesamowitego. Nikt nie wmówi mi dziś, że Boga nie ma.

    Na końcu mszy ludzie opowiadali swoje historie. Mówili o tym, co zmieniło się w ich życiu po tej mszy: Mężczyzna wyszedł z nałogu alkoholowego, inny zaczął widzieć, kobiecie zniknął guz z piersi. O tym nie będę już pisała.

    Napiszę tylko tyle: każdy człowiek powinien pojechać na taką mszę. Mi dała ona bardzo wiele: wiem, że Bóg istnieje. Chciałabym jeszcze nauczyć się być mu wierna, bo tego niestety nie potrafię.

    Te trzy godziny minęły jak chwila.

    157. Kilka chwil to mało.

    4

    „Widocznie kilka godzin w tygodniu to za mało”. W tygodniu? Kilka godzin w ciągu tygodni. Nie umiem się skupić, myśleć, cokolwiek. Czasami nie daję rady. Właściwie myśleć potrafię – o jednym: co robi, z kim jest, jak się czuje. To działa w jedną stronę.

    Jest mnie pewny, choć ja sama siebie nie jestem pewna. Te myśli nie są okey, ale są. Nie wiem co jest?! Gdy widzę te pary „zakochane całkiem inaczej”, tulące się, całujące, DOTYKAJĄCE… To nie to co u nas. U nas jest dystans. DYSTANS.

    Czytasz to, bo to pisane do Ciebie jest i wiedz, że tylko TY to przeczytać możesz z czytających. Ty wiesz o co chodzi lub nie wiesz, ale wiesz, że nie powiedziałabym Ci tego w twarz tak prosto jak zwykle, bo wiem, że i tak nie zrozumiesz, więc czytaj.

    Pytasz o co chodzi: nie wiem. Nie umiem żyć daleko. Nie wystarczają mi smsy i ciągłe klepanie: „Dobranoc, Kocham Cię.” To rutyna. Skoro nie umiesz tego powiedzieć – ja nie umiem mówić do Ciebie. Muszę słyszeć, by odpowiedzieć coś więcej. Rozumiem, że pracujesz, nie mieszkasz blisko, a paliwo nie woda, ale nawet nie zadzwonisz, nie mówisz kiedy przyjedziesz. Miałabym na co czekać… A teraz? Na co mam czekać? Dziś przyjechałeś – doceniam. A co z jutrem? Jutro będę czekała na „Ja Ciebie też”.

    Mówisz, że jesteś zazdrosny. Nie prawda. Mam wrażenie, że to szopka. Jesteś zazdrosny, a robisz coś potajemnie. Wiesz co. Z Koleżanką też kontakt urwałeś „dla mnie”. Okey, ale skąd wiesz, że Koleżanka ma chłopaka? Ranisz mnie. I *** nawet nie wiesz jak, bo ja Ci tego nie powiem! Bo *** ja napisze, ale nie powiem!! Bo odwrócę głowę i [NIE]płacząc powiem, że wszystko jest OKEY!! Bo po co mamy się kłócić? Bo po co mam Ci to mówić, skoro TY nawet nie potrafisz mi powiedzieć (…).

    Kiedyś mnie motywowałeś. Teraz mówisz tylko: „Po co Ci to?” Teraz jest Ci wszystko obojętne tak jak na samym początku. Ja już nie jestem pewna siebie. Ciebie jestem z niewielkimi zawahaniami. Ale siebie nie. Sama sobie nie poradzę.

    „Dobranoc, kocham Cię.”

    156. Ja też chcę mieć rodzinę.

    7

    Chciałabym mieć rodzinę. Taką prawdziwą, kochającą się. Mamę, tatę, brata. Może męża? Dzieci? Chociaż jedną osobę, która mnie kocha. Chciałabym czuć tę miłość.

    Wiem jednak, że marzenia się nie spełniają, a ludzie odchodzą i nie liczą się z Nikim. Nie jest ważne to, co czuje ta druga osoba. Opuściło mnie już tyle osób, że (możnaby powiedzieć) „jest to nie do policzenia”. Ja jednak wiem ile. Pamiętam dokładnie każdą twarz, sylwetkę. Wrażliwi już tak mają. NIGDY nie zapominają. Pamiętają, lecz udawają, że nie pamiętają. Jednak z czasem udawanie osoby twardej przestaje być miłe. Człowiek wybucha.

    Nie wszyscy wiedzą, że od wybuchu może ocalić słowo pisane. A ci, którzy wiedzą, czasem zapominają. Wtedy  pisanie może tylko wspomóc odzyskanie równowagi.

     

     

     

    Najgorzej wrócić do miejsca pełnego „najbliższych”, którzy nawet nie próbują udawać, że Cię lubią.

     

     

     

     

    ***

    To ja jestem Nikim.

    155. Rozsypka.

    1

    Jakoś ten juwenaliowy okres tego roku nie jest dla mnie radosny… Nie odpowiada mi nasz związek. I to właśnie on psuje mi humor.

    Ciągle się kłócimy. Ostatnio ja te kłótnie zaczynam. Tylko wtedy, gdy mam powód, oczywiście. Nie wszystko mi odpowiada, więc chyba dobrze, że o tym mówię? Jakoś mimo to nic się nie zmienia. W dalszym ciągu.

    Nie wiem, czy On nadal chce być ze mną. Ja kocham go całym sercem, ale to chyba mało nawet dla rzeczy banalnych. Nie chcę cały czas wyrażać tej miłości. Chciałabym kiedyś tę miłość dostać. Moja wiara jest niestety słaba, a świadomość rozwinięta.

    Trudno?

    154. Samość.

    0

    Najgorsze, to gdy tęsknisz mimo tego, że masz świadomość bliskości drugiej osoby. A jednak ona, ta bliskość, Ci nie wystarcza, ponieważ chcesz wejść w tę osobę… Nie chcesz już dotykać, chcesz mieć tę skórę, kości, całość. Chcesz w tym być. A gdy ogarnia Cię taki smutek nagły, bezsensowny, to zdajesz sobie sprawę z tego, że jednak jesteś sama. Nie masz nikogo. Masz tylko tę jedną jedyną osobę. I nagle rodzi się w Tobie świadomość, że tak naprawdę jej nie masz. Bo dlaczego masz mieć? W końcu zawsze byłaś sama, mimo tych wszystkich ludzi, których spotkałaś na swojej drodze. Krótka droga – dużo ludzi – dzisiaj: nikt. A przecież Ty zawsze zachowywałaś się tak, jak chciałabyś, by inni zachowywali się wobec Ciebie! I co? I nic. Nawet ta jedna jedyna osoba ma Cię dość…

    153. Pragnę dziecka.

    0

    Nie ma sensu żyć przeszłością ani przyszłością, liczy się: TU i TERAZ. Na tym polega radość życia. To jedyna recepta na dzisiejszy świat.

    02.12.2013 to data narodzin Marcelinki. Wczoraj udało mi się odwiedzić Bąbla w szpitalu. Przyjechałam do niej z Danielem prosto z Łodzi. Była pora karmienia. Aga odebrała Marcelkę od pielęgniarek i poszliśmy do sali.

    Ona jest taka malutka, słodziutka, podobna do Huberta. Jest śliczna. Taki mały Bąbel. Dlaczego Aga ma już dwójkę dzieci, a ja ani jednego? Tak. Zazdroszczę jej. I nie wiem czy dziękuję Bogu za to, że w moim przypadku pojawił się fałszywy alarm i jednak nie mam dziecka. Nie mamy!

    Dzisiaj impreza z okazji imienin babci. Ewelina przyjechała z Bartoszem, a Krystian? Ma ich w dupie! Spieprzył! Szlaja się i udaje bezdomnego. Jak można tak postąpić. Porzucił Ewelinę i dziecko. Ile ja dałabym, by mieć dziecko. Coraz bardziej go pragnę.

    Wiem, że mam studia, Daniel też, ale ja wiem, że jakoś sobie poradzimy. Wiem, że mama i tata będą źli, a wśród ludzi zaczną się plotki. Ale ja naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez Daniela i pragnę mieć z nim dziecko. Nie wiedziałam, że kiedyś tak powiem, ale jak pomyślę sobie, że moje koleżanki mają już dzieci (Bąbel nawet dwójkę, Monika też przecież urodziła jakoś teraz) to ogarnia mnie zazdrość. Okropna zazdrość.

    Tak, jestem świadoma tych pieluch, nieprzespanych nocy i problemów, ale jakoś damy radę. Studia zawszę mogę dokończyć później.


    • RSS